Magda Zdort 

 Młode wilki, polityki głodne
Ozon 18/2005

Wejście młodych do polityki może sprawić, że nasze debaty w końcu odżyją, bo nie boją się oni otwartej i ostrej konfrontacji ideologicznej.

Naprzeciwko siebie mogą stanąć w przyszłym Sejmie choćby Radosław Parda z LPR i Robert Biedroń (dziś aktywista gejowskiej organizacji OutRage!, założyciel Kampanii przeciw Homofobii) z SLD. Obaj są niemal w tym samym wieku. I dotąd spotykali się głównie podczas ulicznych demonstracji. Po dwóch stronach barykady. Jeden z ogromnym przekonaniem walczył o prawa homoseksualistów, domagał się legalizacji związków osób tej samej płci, drugi na tych samych ulicach przewodził demonstracjom, na których takich jak Biedroń określano mianem „zboczeńców” czy „pedałów”. Już tylko to spotkanie zapowiada podniesienie temperatury możliwych sporów i powoduje, że w końcu na styku lewica–prawica zacznie rzeczywiście skrzyć ideowo, a nie tylko historycznie czy finansowo. W końcu któż nie marzy o tym, by wreszcie zamiast Krzysztofa Janika, Jerzego Szmajdzińskiego czy Krystyny Łybackiej (o których rzeczywistych poglądach można powiedzieć niewiele poza tym, że od zawsze lubili rządzić i być na politycznym topie) usłyszeć z trybuny sejmowej kogoś, kto nie tylko ma poglądy, ale też jest gotów o nie walczyć, nawet gdy trzeba nadstawiać karku? 

Tę potrzebę dostrzeżenia nowych twarzy najmocniej akcentuje socjolog dr Tomasz Żukowski. Jego zdaniem Polacy w dniach po śmierci papieża poczuli niebywały kryzys władzy i elit. Rozsądek podpowiadał wówczas, że w takim momencie, przełomowym w dziejach narodu, jego przywódcy powinni stanąć na czele. A nam w pamięci pozostał obraz kompletnie zagubionych prezydenta i ministrów, palących świeczki przed portretem papieża. – Polacy zobaczyli, że ludzie, którzy nami rządzą, w chwili największych narodowych przeżyć mieli suche oczy, a o swych uczuciach czytają z kartki – mówi dr Tomasz Żukowski. I właśnie ta ideowa pustka, która biła z twarzy naszych polityków, sprawia, że w Polsce rozpoczyna się proces przemiany, który socjolog określa mianem „początku końca świata szwoleżerów”. Żukowski odwołuje się do tytułu książki Mariana Brandysa opisującej zmaganie dwóch generacji u progu powstania listopadowego. Socjolog porównuje do szwoleżerów obecnych polityków ukształtowanych 20–30 lat temu. Szwoleżerowie kompletnie nie rozumieli młodych podchorążych, którzy wszczęli „rewolucyę w Warszawie”. – Porównanie nie do końca pasuje do dzisiejszej sytuacji – zastrzega Żukowski. – Także dlatego, że III Rzeczpospolitą stworzyli weterani z dwóch bardzo różnych formacji: solidarnościowi szwoleżerowie i ich historyczni rywale – postkomunistyczni gwardziści. Gdy ćwierć wieku temu ci pierwsi na komunizm szarżowali, drudzy – broniąc go – rozglądali się za bezpiecznym dla siebie sposobem jego zmiany. Od 15 lat oba obozy zamieniają się u steru rządów, wyznaczając kształt polskiej demokracji. – Przez długi czas popychali kraj do przodu, czasem – hamowali jego rozwój. Względnie skutecznie rozwiązywali wiele naszych problemów. Jednak od co najmniej kilku lat stworzona przez nich konstrukcja państwa staje się coraz bardziej niefunkcjonalna. Większość gwardzistów i szwoleżerów nie czuje istoty wyzwań związanych z globalizacją, rozwojem cywilizacji informacyjnej i obecnością w UE – mówi dr Żukowski. Przekonuje on, że do tych wyzwań bardziej predysponowani są przedstawiciele młodego pokolenia, lepiej wykształceni od „starych”. 

Wtóruje mu obecny poseł PiS i patron Młodych Konserwatystów Marek Jurek. – Przebudzenie duchowe w Polsce, jakie dokonało się w ostatnim okresie, musi doprowadzić do refleksji nad kondycją moralną społeczeństwa – zaznacza w rozmowie z „Ozonem”. – Młodzi zaangażowani w politykę powinni wprowadzić do niej nonkonformizm, bezinteresowność i patriotyzm. Takie wartości może wnieść pokolenie Jana Pawła II, jeśli tylko wejdzie w politykę. Zaangażowaniu młodych sprzyjać będzie spór ideowy, jaki za chwilę nas czeka wokół kształtu IV Rzeczypospolitej. Pamiętajmy, że na początku lat 90. młodzież też była ideowo zaangażowana w budowę III RP – dodaje. 

I już to widać. Młodzi aktywiści, którzy dotąd programowo działali obok polityki, w stowarzyszeniach takich jak Stop Korupcji czy Fair- play, uznali dziś, że naprawdę skutecznie świat można zmieniać tylko dzięki polityce. Przykładem jest 25-letni Grzegorz Maj ze stowarzyszenia Fairplay, który ma duże szanse wejść do Sejmu, gdyż startuje z czwartego miejsca rzeszowskiej listy PiS. To on jest pomysłodawcą tzw. ustawy antykorporacyjnej uderzającej w lobby adwokackie. Z projektem ustawy stowarzyszenie Fairplay dotarło do dwóch posłów PiS: Zbigniewa Ziobry i Przemysława Gosiewskiego. Oni wsparli młodego absolwenta prawa UMCS i zaczęli pilotować ustawę w Sejmie, a Maj stał się doradcą pracującej nad projektem komisji sejmowej. – To dało mi wiedzę i doświadczenie. Zobaczyłem, jak od podszewki tworzone jest prawo. Przekonałem się, że aby coś osiągnąć, trzeba być na Wiejskiej, w środku wydarzeń – przyznaje Maj. 

A zmieniać świat chciał od lat. Był pierwszą osobą z rodzinnej wioski Wola Otałęska, która poszła na studia dzienne. Tam zaangażował się w działalność samorządności studenckiej. – Stałem się wówczas dla młodych ludzi z okolicy pewnym wzorem. Dziś nie ma roku, by ktoś z moich stron nie ubiegał się o indeks – mówi z dumą. Potem – jako student prawa – pomagał sąsiadom, służąc swoją wiedzą, w ten sposób zdobywał też doświadczenie. Do tego doszła działalność w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Ochotniczej Straży Pożarnej. Później był współzałożycielem stowarzyszenia Fairplay, które walczyło o uczciwy dostęp do zawodów prawniczych. – Powtarzano mi, że porywam się z motyką na słońce. Idealiści zawsze pozostawali w mniejszości, ale ich dokonania były bardziej widoczne. Ja chcę walczyć o szanse dla mojego pokolenia, by mój kolega nie musiał szukać pracy przy zbiorze truskawek za granicą. Wiem, co poprawiać. Chcę pokazać mojemu pokoleniu, że możemy zrobić dużo dobrego, trzeba tylko zacząć. Poza polityką przeprowadzanie zmian jest trudne – przyznaje. I można mu wierzyć, bo jest przedstawicielem pokolenia, które najdotkliwiej ponosi koszty transformacji. To wśród jego rówieśników panuje 40-procentowe bezrobocie. To oni mimo niejednokrotnie lepszego wykształcenia niż starsi mają znacznie mniejsze od nich perspektywy kariery. Ale właśnie to pokolenie – jak przekonują socjologowie – jest jednocześnie znacznie bardziej idealistyczne niż zaledwie o kilka lat od nich starsi trzydziestolatkowie, którzy wzrastali raczej na hasłach „poznaj siłę swoich pieniędzy” niż dobra wspólnego. 

Podobną, choć w zupełnie innej sferze działalności, drogę do kandydowania przebył Robert Biedroń startujący z czwartego miejsca stołecznej listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. On jest działaczem gejowskiej organizacji OutRage!, założycielem Kampanii przeciw Homofobii oraz doradcą pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Z racji swoich poglądów Biedroń skazany jest na współpracę z lewicą i dzięki jej podziałowi mógł wybierać między SLD a SdPl. Idzie do SLD, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że właśnie to ugrupowanie dostanie się do Sejmu. Do kandydowania skłoniła go wizja rządów prawicy, która według niego nie będzie się liczyć ze zdaniem mniejszości, a do takiej należy niekryjący się ze swoim homoseksualizmem Biedroń. – Na nowo należy więc walczyć o prawa człowieka. Ażeby cokolwiek w kraju zmienić, trzeba brać udział w polityce – tłumaczy. Nie ma wątpliwości, po co chce zasiąść w poselskich ławach. – Wielu polskim lewicowcom brak ideologii lewicowych. Nie chodzi mi jednak o walkę z Kościołem. Należy skupić się na tym, co jest wyznacznikiem lewicowego postępu – walka o związki partnerskie, równy status kobiet i mężczyzn, ale także o sprawy socjalne. Nie ukrywa, że zamierza się zająć głównie sprawami światopoglądowymi, bo tak można dotrzeć do ludzi jeszcze nieukształtowanych, których polityczno-społeczna świadomość dopiero będzie się tworzyć. Doskonale obrazują to nazwy komisji, w których zamierza zasiadać – edukacji, nauki i młodzieży; polityki społecznej i rodziny; równego statusu kobiet i mężczyzn oraz sprawiedliwości i praw człowieka. Dla niego nie ma wątpliwości, że politykę należy odmłodzić, bo dotychczasowi parlamentarzyści stracili skuteczność w przebudowywaniu kraju. Uważa, że tylko młode polityczne wilki chcą walczyć o sprawy ideologiczne, bo nie są beneficjentami chorych układów. 

Podobną opinię wyraża 26-letni prawnik Radosław Parda z LPR. Polityczne doświadczenie od lat szlifuje w samorządzie, jest przewodniczącym dolnośląskiego sejmiku i jednym z najbardziej aktywnych – po Wojciechu Wierzejskim – młodych działaczy Ligi. Pamiętamy go choćby z dyskusji toczonych wokół Parady Równości, w których nie wahał się używać słów „zboczeńcy”, „pedały”, a homoseksualizmu nazywać chorobą. Jeśli w Sejmie znalazłby się obok Biedronia, dyskusje światopoglądowe w nim prowadzone z całą pewnością nabiorą kolorytu, bo słowa przez nich dobierane niekoniecznie bywają dyplomatyczne. Parda jest przekonany, że wejście młodych w poważną politykę, którą uprawia się w gmachu przy ul. Wiejskiej w Warszawie, ożywi prowadzone tam dyskusje, zaowocuje większą liczbą debat. – Młodzi nie traktują polityki jak interesu. Wiem, że przez to, co robię, chcę służyć Ojczyźnie i Panu Bogu. Służąc Polsce, pracuję dla Polaków, szczególnie tych młodych – mówi nieco górnolotnie. I pokazuje jeszcze jeden ważny rys tego pokolenia: mówienie o ideałach i Bogu nie jest już czymś budzącym zażenowanie, jak bywa to jeszcze w starszym o dekadę pokoleniu. Bo wydaje się, że idea moralnej rewolucji, tak mocno obecna podczas „papieskiego kwietnia”, jest bliska temu pokoleniu bez względu na przynależność partyjną. 

Młodzi nie chcą koncentrować się jednak tylko na sporach ideologicznych. – Odbudowa moralna powinna iść w parze z odbudową gospodarczą, z czystością życia gospodarczego – tłumaczy Bartosz Margul, lubelski kandydat PO, ekonomista i działacz społeczny. Jest współtwórcą lubelskiego stowarzyszenia Centrum Inicjatyw Społecznych, które organizuje wiele konkursów dla młodych. Wkrótce w Parlamencie Europejskim odbędą się współorganizowane przez Centrum Dni Lubelszczyzny. W rozmowie z nami Margul przekonuje, że młodzież nie tyle potrzebuje teraz spełnienia postulatów ideowych, ile konkretnych programów gospodarczych, które pozwolą jej nie tylko znaleźć pracę w kraju, lecz także płacić w nim „uczciwe”, czyli niskie podatki. – Spójrzmy na Estonię, byłą republikę sowiecką, która start do Europy rozpoczęła z gorszej pozycji niż Polska. Ale tam do głosu doszli młodzi ludzie z dobrymi programami gospodarczymi i dziś to my musimy gonić Estonię. W polityce jest za dużo ideologii, a za mało konkretów. Te konkrety przychodzą z młodymi – przekonuje. 

Większość z nich o polityce myśli poważnie jako o sposobie na zaistnienie w świadomości społecznej i przekonanie do własnych poglądów ludzi ze swojego pokolenia. Bo oni – ci młodzi, bez względu na poglądy polityczne – „rozpoznają się” jako ta sama generacja. – Bunt pokolenia sam się narodzi, być może już za pięć lat. Do młodych, poszukujących życiowej drogi osób musi jednak przyjść ktoś w zbliżonym wieku, kto pokaże im, w którą stronę pójść – mówi Michał Syska, kandydat nr 2 na wrocławskiej liście SdPl, któremu marzy się zbudowanie lewicy na nowo. – Jestem gotów do działania. Nie wiem, ile czasu zajmie mi gromadzenie wokół siebie ludzi, odnawianie lewicy, Wiem, że przyjdzie taki dzień. Teraz musimy stworzyć zaplecze. To samo mówią, to samo robią jego rówieśnicy na prawicy. 
Proces odmładzania polityki hamują jednak politycy pokolenia szwoleżerów i gwardzistów. Dla większości z nich zachowanie status quo decyduje o „być albo nie być” w polityce. Dlatego wbrew deklaracjom o potrzebie odmłodzenia niechętnie sięgają po ludzi poniżej trzydziestki. Najlepiej widać to na listach lewicy, która wprawdzie spektakularnie wymieniła władze – kierując się głównie metryką urodzenia działaczy – na trzydziestolatków Wojciecha Olejniczaka i Grzegorza Napieralskiego, ale już na listach wyborczych umieściła sprawdzone polityczne dinozaury: w Legnicy z pierwszego miejsca startuje Jerzy Szmajdziński, w Tarnowie – Krzysztof Janik, a w Gdyni listę otwiera Joanna Senyszyn. Wyjątkiem jest Michał Tober w okręgu podwarszawskim i Wojciech Olejniczak w Sieradzu, ale trudno ich nazwać nowymi twarzami. Młodzi – jeśli są umieszczani, to na dalszych miejscach list, z nikłymi szansami na mandat choćby dlatego, że SLD (zważywszy na obecne poparcie społeczne dla tej partii) zdoła wprowadzić do Sejmu co najwyżej kilkudziesięciu posłów. Podobnie ma się rzecz u „borówek”. – Na listach wyborczych Socjaldemokracji Polskiej do Sejmu jest około 40 proc. młodych ludzi, bo stawiamy na nich, są przecież naszą przyszłością – chwali się Włodzimierz Nieporęt z SdPl. Tylko że to stawianie polega na umieszczaniu nazwisk młodych z reguły na odległych miejscach. 

Nie inaczej, choć u niej to nie dziwi, dzieje się w przypadku centroprawicy. Młodych na pierwszych miejscach trudno doszukać się na listach Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Oba ugrupowania cieszą się ogromnym poparciem społecznym, nie muszą więc uciekać się do pokazywania „odmłodzonego wizerunku”. Niemniej także na firmowanych nazwami tych partii listach znalazło się sporo dwudziesto- i trzydziestolatków, tyle że podobnie jak w przypadku lewicy na odległych miejscach. 

Wyjątkiem są listy Ligi Polskich Rodzin. Tu widać już zapowiadaną od lat przez Romana Giertycha kontrrewolucję młodych. W jego partii blisko jedna czwarta „lokomotyw wyborczych” – czyli kandydatów z pierwszych miejsc list – nie ma 30 lat. Najczęściej są to działacze założonej przez Romana Giertycha Młodzieży Wszechpolskiej. To otwarcie na młodych nie wynika jednak z miłości do dwudziestokilkulatków, lecz jest częścią projektu zbudowania nowego wizerunku tej partii – która przestaje być skostniałą grupą „moherowych beretów”, zwyciężającą wyłącznie dzięki poparciu o. Rydzyka. Ten wizerunek zostaje zastąpiony nowym, o którym zaczynają już mówić nawet przeciwnicy tej formacji, czyli wizją nowoczesnej partii skrajnie prawicowej, która jednak potrafi działać, spierać się i wygrywać w warunkach demokracji. – Najrozsądniej robi Liga Polskich Rodzin, która promuje młodych za pomysłowość i aktywność. Ich młodzi sympatycy są świetnie zorganizowani, skuteczni w przekonywaniu do swoich opinii, także w sferze ideologicznej, tylko można im zazdrościć – zachwala Ligę całkowicie obcy jej ideowo Robert Biedroń. I trudno odmówić mu racji. Jak pokazały wydarzenia ostatnich dni – kabaretowe odejścia z LPR i powroty do niej Zygmunta Wrzodaka czy Bogdana Pęka – w tej chwili po tej stronie sceny politycznej jest tylko jeden istotny gracz – Roman Giertych. LPR, zdaniem nawet jego krytyków, można pozazdrościć tak precyzyjnego planu politycznego, który przewiduje dojście do władzy w kolejnych wyborach, za cztery lata, młodych polityków: zdyscyplinowanych, wyszkolonych i absolutnie lojalnych wobec Romana Giertycha. Nadchodząca kadencja Sejmu ma być dla nich poligonem doświadczalnym. Jeśli będą tak sprawni jak lider LPR, mogą zabłysnąć w parlamencie. I stać się wilkami, które wraz z młodymi z innych partii za lat kilka wygryzą z polityki starych graczy. Czy to zrobią, zależy tylko od ich możliwości.