Magda Zdort 

 Nie ma piekła, są wybory
Ozon 20/2005

Piekła nie ma, są wybory. Zatem rząd i prezydent bez żenady promują kampanię jednego kandydata na prezydenta. I włączają do niej aparat państwa.

Cimoszewicz jest nadzieją dla lewicy na zachowanie swoich wpływów i wszystko, co jest w rękach tej władzy, będzie w tej kampanii do jego dyspozycji – mówi Zbigniew Wassermann z Prawa i Sprawiedliwości. Obserwując, jak w kampanię prezydencką marszałka Sejmu włączyli się nie tylko prezydent, premier, ministrowie, lecz także prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, konstatuje: – Wokół kandydatury Cimoszewicza tworzony jest swoisty parasol ochronny. 

W każdym razie rządzącym politykom i ich urzędnikom trudno odmówić czujności, jeśli tylko nad kandydatem lewicy pojawiają się chmury. Gdy trzeba, wnet znajdują się dokumenty z tajnych resortowych kancelarii, błyskawicznie zapadają decyzje o ich odtajnianiu, prokuratura działa żwawo, a ABW chętnie udziela wyjaśnień. Ta gorliwość rzuca się w oczy tym bardziej, że brakuje jej w innych sprawach ważkich dla państwa. 

„Premier bywa w Warszawie... Przejazdem” – ten popularny ostatnio dowcip dobrze obrazuje zaangażowanie Marka Belki w rządzenie. Jego głosu zabrakło podczas kryzysu białoruskiego wywołanego represjami wobec kwestionowanego przez władze w Mińsku nowego kierownictwa Związku Polaków oraz podczas serii napadów i pobić polskich obywateli w Moskwie. Jeszcze bardziej wymowne było milczenie w tych kwestiach prezydenta. Mimo że konflikt wschodni eskalował, Aleksander Kwaśniewski wypoczywał nad Bałtykiem, a na jego oświadczenie czekaliśmy kilka dni, kiedy największe emocje opadły. 

Tak się jednak składa, że tego wakacyjnego ociągania się nie widać wtedy, gdy trzeba pomóc Włodzimierzowi Cimoszewiczowi w zdobywaniu popularności. – Prezydent robi mu prezenty – mówi polityk PO Bronisław Komorowski. Te prezenty to ustawa o emeryturach górniczych i o zwrocie podatku VAT za materiały budowlane. Działaniom prezydenta nie można odmówić finezji. Gdyby zawetował uchwaloną w połowie sierpnia ustawę, uratowałby – jak twierdzą ekonomiści – finanse publiczne. Ale zwleka z decyzją. Aż do 17 sierpnia. Właśnie tego dnia w Katowicach przebywa Włodzimierz Cimoszewicz. Mimo zapowiedzi nie składa kwiatów pod pomnikiem Powstańców Śląskich w 86. rocznicę wybuchu pierwszego z trzech powstań. Czyni to pod Krzyżem – Pomnikiem upamiętniającym dziewięciu górników, ofiary pacyfikacji kopalni Wujek. Po wizycie w kopalni marszałek spotyka się z przedstawicielami spółek węglowych i górniczych związków zawodowych, by omówić sprawę nowelizacji górniczej ustawy emerytalnej. Decyzja prezydenta wciąż jest nieznana. I nagle, właśnie podczas spotkania z górnikami, Włodzimierz Cimoszewicz dziwnym zbiegiem okoliczności otrzymuje faks z Kancelarii Prezydenta. Ma do przekazania górnikom radosną wiadomość, że Aleksander Kwaśniewski korzystną dla nich ustawę podpisał. – To było apogeum żenady w wspieraniu kandydatury Cimoszewicza przez Pałac Prezydencki – mówi Grzegorz Schetyna, sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej i szef sztabu wyborczego Donalda Tuska. Nie przekonuje go tłumaczenie tego dziwnego zbiegu okoliczności przez szefową Kancelarii Prezydenta Jolantę Szymanek-Deresz, która wyjaśniała w „Sygnałach dnia”: – Komunikat o podpisaniu ustawy był przekazany do mediów w tym samym czasie, kiedy był przesłany panu marszałkowi Cimoszewiczowi. 

Tak się jednak składa, że podobnego faksu nie otrzymał żaden inny kandydat na prezydenta. Politykom i obserwatorom życia politycznego wydaje się jasne, że pomysł wizyty Cimoszewicza na Śląsku był uzgadniany z prezydentem. – Jestem pewien, że podpisanie ustawy o emeryturach górniczych było zsynchronizowane z wyjazdem kandydata lewicy na Śląsk – uważa poseł Platformy Obywatelskiej Bronisław Komorowski. 

Subtelniej prezydent pomaga Cimoszewiczowi przy okazji weta ustawy o zwrocie podatku VAT za materiały budowlane. Tym razem zastosowano inny model socjotechniki. „Zły” prezydent wetuje ustawę, czym rozsierdza prywatnych inwestorów budowlanych. „Dobry” marszałek Sejmu natychmiast po zawetowaniu ustawy kontaktuje się telefonicznie z pozostałymi członkami Prezydium Sejmu i ustala, że jednak Sejm wetem musi się zająć. – Prezydent wetuje ustawę, by dzięki decyzji Cimoszewicza o zwołaniu posiedzenia Sejm mógł to weto odrzucić. Cała chwała spada na marszałka – mówi poseł Jan Bury z PSL. I rzeczywiście – w naród idzie przekaz, że kandydat lewicy wie, że danego słowa trzeba dotrzymywać. Kreuje to odpowiednio wizerunek Włodzimierza Cimoszewicza i jak zauważa Bronisław Komorowski z PO: – Daje mu okazję do zdystansowania się od prezydenta. Bo oto jest polityk, który ma własne zdanie niezależne od jego politycznych przyjaciół. 

Ramię w ramię z prezydentem idzie premier Marek Belka. Choć oficjalnie poparł kandydatkę Partii Demokratycznej Henrykę Bochniarz, a nie Włodzimierza Cimoszewicza, to jako szef rządu dba, by kandydatowi lewicy włos nie spadł z głowy. 18 sierpnia Centrum Informacyjne Rządu wydało komunikat: „Premier Marek Belka poprosił w czwartek ministra sprawiedliwości Andrzeja Kalwasa o to, by przerwał urlop i niezwłocznie podjął działania w sprawie zarzutów i pomówień wobec kandydatów na prezydenta”. Chodziło, sprecyzujmy, o jednego kandydata. – Jeszcze dwa miesiące temu, podczas przesłuchania przed komisją śledczą badającą aferę Orlenu minister Kalwas zaprzeczał, by kierował jakimiś działaniami prokuratury, by ją nadzorował. Uważał takie działania za niegodne. A dziś bez słowa takie polecenie przyjmuje z ust premiera – zauważa Antoni Macierewicz z Ruchu Patriotycznego. 

Przypomnijmy tylko, że 12 sierpnia marszałek Sejmu zaapelował do ABW i prokuratury o energiczne działania w celu wyjaśnienia zarzutów stawianych mu przez jego byłą asystentkę Annę Jarucką. Wezwanie Kalwasa i nakazanie mu nadzorowania toczących się wokół osoby Cimoszewicza śledztw było właśnie realizacją apelu tego kandydata. Premier Belka napisał w oświadczeniu: „Niedawne publikacje związane z osobą jednego z kandydatów na stanowisko prezydenta RP nakazują mi domagać się od Prokuratora Generalnego, aby w stosunku do wysuwanych publicznie zarzutów i pomówień w stosunku do osób kandydujących na to stanowisko podejmować działania w trybie niezwłocznym, kończyć je w możliwie najkrótszym terminie, a o ich wynikach informować opinię publiczną”. Premier Belka poinformował, że wobec ministra Kalwasa „wyraził oczekiwanie, że we wszystkich tych postępowaniach, które wiążą się ze sprawą oświadczenia majątkowego, podrobienia dokumentów przez panią Annę Jarucką, będzie jako prokurator generalny energicznie nadzorował sprawę”. Ciekawe, czy gdyby podobne kłopoty miał na przykład Maciej Giertych startujący z ramienia LPR, premier Belka działałby z równym zaangażowaniem? 

– To robienie specjalnego trybu dla jednego człowieka, właśnie dla Włodzimierza Cimoszewicza. Tworzy się dla niego parasol ochronny i wygląda to tak, jakby instytucje państwa chciały powiedzieć, że będą działać na polecenie jego i premiera. Jest wyraźny nacisk na podporządkowanie prokuratury zachciankom Cimoszewicza, w takiej atmosferze prokurator może czuć się skrępowany w swojej niezależności – ocenia poseł Zbigniew Wassermann, były prokurator. 

Warszawska prokuratura okręgowa prowadzi trzy śledztwa, w których zeznania składał Cimoszewicz. Pierwsze jest związane z podejrzeniem, że z MSZ wyniesiono tajne dokumenty, drugie dotyczy zatajenia akcji Orlenu w oświadczeniu majątkowym, zaś ostatnie łączy się z zawiadomieniem Cimoszewicza o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Annę Jarucką (składanie fałszywych zeznań oraz fałszowanie dokumentów). Włodzimierz Cimoszewicz po swoim pierwszym przesłuchaniu w prokuraturze okręgowej mówi: – Mogę tylko wyrazić ogromną satysfakcję z energicznego działania prokuratury w dwóch najbardziej mnie interesujących sprawach. 
Satysfakcję marszałka budzi też zapewne to, jak prokuratura wyjaśnia sprawę dziennikarzom. Po pierwszym, dziewięciogodzinnym przesłuchaniu Cimoszewicza rzecznik warszawskiej prokuratury Maciej Kujawski deklaruje szybko, że Cimoszewicz jest przesłuchiwany wyłącznie w charakterze świadka i że obecnie „nie ma mowy” o żadnym wniosku o uchylenie immunitetu marszałkowi Sejmu. 
– W tej sprawie nader często wypowiada się rzecznik prokuratury, to nie jest normalne, by tak obszernie komentować prowadzenie sprawy w tak mało zaawansowanym stopniu śledztwa. To wygląda, jakby pan Kujawski chciał wciągnąć w śledztwo opinię publiczną – zżyma się Zbigniew Wassermann. 

– Co do działań prokuratury są spore zastrzeżenia – dodaje płk Zbigniew Nowek, były szef Urzędu Ochrony Państwa, dziś doradca orlenowskiej komisji śledczej. – Zimnym wyrachowaniem były słowa Cimoszewicza, że zrezygnuje z kandydowania, jeśli prokuratura postawi mu zarzuty. To wygląda, jakby tam był jakiś układ. Prokuratury zresztą – zauważa Nowek – nie interesuje zbytnio zatajenie przez Cimoszewicza w oświadczeniach majątkowych faktu posiadania akcji Orlenu, ale intencje, jakimi kierował się Cimoszewicz, nie wpisując tych akcji. To jakieś kuriozum! 

Zdaniem pułkownika Nowka do rozwiązania sprawy Cimoszewicza w prokuraturze powołany został specjalny zespół, w którym „nie ma przypadku w doborze wchodzących w jego skład osób”. – Minister sprawiedliwości uczula przy tym, by sprawy załatwić szybko, by nie przeszkadzały w kampanii! – mówi. Bez względu na to, na ile przypuszczenia pułkownika Nowka wydają się wiarygodne, to chcąc nie chcąc, przypominają się zeznania prokuratora Kapusty przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina, gdy mówił, że prokuratorzy nie wykonywaliby poleceń polityków tylko wtedy, gdyby im telefony przy biurkach odcięto. 

Gdy się ma to w pamięci, nie powinno dziwić, gdy prokuratura umarza zarzuty wobec marszałka, za to stawia je Annie Jaruckiej. – Widać już, po co minister Andrzej Kalwas był odwoływany z urlopu. Nie spotkałem się jeszcze z tak szybkim przeprowadzeniem dochodzenia – denerwuje się Roman Giertych (LPR). – Teraz adwokaci w innych sprawach o fałszywe zeznania podatkowe czy oświadczenia lustracyjne będą mieć uproszczoną robotę. Będą mówić, że ich klient po prostu się pomylił – mówi. Można tylko dodać do tego, że klienci powinni być tak wpływowi, by i w ich przypadku prokuratura taką argumentację chciała podzielać. A Zbigniew Wassermann z PiS zauważa: – W tej sprawie prokuratura przestała być dociekliwa. Nie zajęła się w ogóle kwestią zakupu akcji za pieniądze córki i ewentualnym naruszeniem ustawy o obrocie papierami wartościowymi – mówi. 

Wątpliwości budzić może też działanie ABW. I nawet nie trzeba tu przywoływać słów Romana Giertycha, który uważa, że przeszukanie mieszkania Anny Jaruckiej w styczniu tego roku wydaje się spowodowane tym, że Jarucka miała jakieś dokumenty Włodzimierza Cimoszewicza, w tym jego oświadczenie majątkowe, i że po nie faktycznie ABW przyszła. Nasi rozmówcy przypominają, że na czele agencji stoi Andrzej Barcikowski, szef doradców Cimoszewicza w czasach, gdy był on premierem, i prywatnie jego bliski znajomy. Symptomatyczna dla tezy o tym, że związki agencji i sztabu Cimoszewicza są bliskie, była konferencja prasowa Włodzimierza Cimoszewicza dzień po przesłuchaniu Anny Jaruckiej przez sejmową komisję śledczą. Podczas przesłuchania Jarucka przedstawiła kopię upoważnienia zmiany oświadczenia majątkowego, które miał jej wystawić Cimoszewicz. Konferencja prasowa Cimoszewicza została opóźniona o 20 minut – akurat tyle, by ABW zdążyła wysłać do PAP komunikat, że w oświadczeniu majątkowym znalezionym w MSZ nie ma mowy o akcjach Orlenu. Dzięki temu kandydat mógł się na konferencji na ten komunikat powołać. 

Ale jest też inny urząd, który pomaga kandydatowi lewicy na prezydenta. To resort spraw zagranicznych, na którego czele jeszcze kilka miesięcy temu stał Cimoszewicz. To z zasobów MSZ pochodzą dokumenty, którymi kandydat lewicy posługuje się jako dowodami na swoją niewinność. Są to: karta in blanco z nagłówkiem ministerstwa, faksymile oraz zeznania pracownicy MSZ Agnieszki Szczepańskiej, która miała przekazać faksymile Jaruckiej. Zeznania pochodziły z wewnętrznej kontroli prowadzonej w resorcie. 

– Cimoszewicz od ręki dostaje z MSZ dokumenty, do których nie powinien mieć dostępu, a już na pewno nie jest normą, że dokumenty resort daje na zawołanie – ocenia płk Nowek. Sztab Cimoszewicza utrzymuje jednak, że wszelkie procedury zostały dochowane, a kandydat powoływał się na te dokumenty, bo ma do nich dostęp jako były szef MSZ. I w końcu do prokuratury zgłasza się z listem podważającym wiarygodność Anny Jaruckiej wdzięczny pracownik MSZ, od niedawna na placówce, wysłany tam, gdy jego szefem był Włodzimierz Cimoszewicz. I tak błędy i pomyłki kandydata lewicy sprawiają, że wszyscy mają pełne ręce roboty. Prezydent i prezydentowa, której „serce krwawi”, gdy obserwuje „brudną kampanię”, premier, ministerstwa, prokuratura i służby specjalne. 
Zdaniem opozycji układ władzy uruchomił wszystkie siły, aby ratować swój stan posiadania. Marek Jurek z PiS mówi wręcz: – To ten sam mechanizm, jaki obserwowaliśmy w przypadku Jelcyna lub Kuczmy. Chodzi o zablokowanie możliwości dojścia do władzy ugrupowań dążących do wyjaśnienia prawdy o życiu publicznym. I choć być może polityk PiS mocno tu przesadził, to jednak nieodparcie narzuca się wrażenie, że instytucje państwa w rękach polityków wywodzących się z SLD ciągle zdają się działać w imię zasady „interes partii interesem narodu”. – Spadkobiercy PZPR zostali wychowani w przekonaniu, że partia to my, a my to państwo. Wykorzystają więc państwo do obrony wpływów i układów, będących owocem „grubej kreski” – mówi dr Mariusz Gwozda, socjolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. 

Wśród ekspertów obserwujących polską politykę z najbardziej krytyczną oceną spotkało się zachowanie prezydenta. – Zagranie ustawą o górniczych emeryturach było kiełbasą wyborczą, i to tak prymitywną, że aż budzącą niesmak – ocenia prof. Jerzy Chłopecki, socjolog i politolog z Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Milczenie Kwaśniewskiego podczas wydarzeń białoruskich i nagłą aktywność w odniesieniu do Cimoszewicza naukowcy oceniają z kolei jako zagrywkę niezgodną z regułami politycznej gry, ale najlepszą z punktu widzenia jego osobistych interesów. – Kwaśniewski wiedział, że interweniując w sprawie Białorusi, niczego nie ugra. Za to poparcie udzielone marszałkowi może mu się bardzo opłacić. Jeśli Cimoszewicz zostanie prezydentem, to na posady ministerialne mogą liczyć ludzie z otoczenia Kwaśniewskiego – uważa politolog prof. Kazimierz Kik. 

Suchej nitki politolodzy nie zostawiają także na Jolancie Kwaśniewskiej, która w kiepskim stylu angażuje się w kampanię. – Pierwsza dama, płacząc i mówiąc o swoim krwawiącym sercu i ranach kandydata lewicy, robi z siebie medialną pseudoreligijną ikonę zamiast wrażliwej filantropki, za którą chciała dotąd uchodzić – zżyma się dr Mariusz Gwozda. Według niego Kwaśniewska, chcąc nie chcąc, wypowiada kwestie także w imieniu męża, a temu zwyczajnie nie wypada popłakiwać w czyjejkolwiek obronie. 

Jednak zdaniem dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego, samo wspieranie własnej partii przez rządzących nie budziłoby oburzenia, gdyby nie używano do tego instytucji państwa i gdyby lewica miała za sobą udaną kadencję. – Lewica nie może jednak powoływać się na swój dorobek w tej kadencji, więc udaje, że jest nowe SLD i nowy Cimoszewicz – twierdzi socjolog. Może dlatego działania lewicy rozpaczliwie wpisują się w konstatację Marka Belki – piekła nie ma, są wybory. 

Zaangażowanie prokuratury, służb specjalnych, rządu na rzecz przedstawiciela jednej tylko opcji wydaje się faktycznie – jak chce Marek Jurek – specjalnością bloku postkomunistycznego, ale już kupowanie głosów w kampanii przez rządzących odpowiednimi decyzjami wydaje się tendencją ponadpartyjną i międzynarodową. Bo sypanie publicznym groszem albo wstrzymywanie reform, które mogą odebrać pewne głosy, to stare metody zachodnioeuropejskich demokracji. W czasie kampanii wyborczej w Wielkiej Brytanii cztery lata temu lewicowy rząd premiera Tony’ego Blaira wprowadził kilkunastoprocentowe podwyżki emerytur, płac nauczycieli i pielęgniarek. Sondaże poszły w górę. Ale w czasie tej kampanii ministrowie Blaira przedstawili obszerne strategiczne plany zmian w szkolnictwie, służbie zdrowia i transporcie miejskim. Za nimi nie szły jeszcze konkretne zmiany w ustawach, ale to wystarczyło, aby Blair, który uchodzi za polityka lubiącego medialne gesty, i tym razem punktował. Różnica strategii wynikała z tego, że cztery lata temu konserwatyści deptali partii Blaira po piętach. – W tym roku, kiedy wyniki były z góry przesądzone, rząd nie musiał rozdawać cukierków – komentuje Konstanty Wojtaszczyk, politolog, ekspert ds. zachodnich systemów politycznych. 

Jego zdaniem polskiej polityce ciągle jednak daleko do przestrzegania zasad demokracji, jakie istnieją w świecie zachodnim. – Na zachodzie Europy panują inne standardy. Po pierwsze, administracja nie jest tak upolityczniona, więc nie może ulegać naciskom. Rządzący nawet jeśli nie są kryształowo czyści, wiedzą, że ujawnione naciski w czasie wyborów, aby administracja stawała po ich stronie, mogą się skończyć tylko ich własną kompromitacją. Dlatego trudno sobie wyobrazić, że premier Blair w czasie kampanii odwołuje z urlopu ministra sprawiedliwości, by ten instruował, jak przesłuchiwać kandydata jego partii w wyborach – mówi prof. Konstanty Wojtaszczyk. 

To jednak stary system demokratyczny Wielkiej Brytanii. Możemy pocieszyć się, że i w Europie są politycy, którzy zdają się odbiegać od tych standardów. Premier Włoch Silvio Berlusconi, któremu od początku politycznej kariery po piętach depczą prokuratorzy, wiele razy był oskarżany o wpływanie na decyzje wymiaru sprawiedliwości. Wydaje się, że gdyby było inaczej, włoski polityk mógłby już od dawna spędzać czas w odosobnieniu za nieprawidłowości w prowadzeniu biznesu albo… przekupstwa sędziów. Kilka miesięcy temu sąd w Mediolanie uznał, że sprawa przekupienia przez Berlusconiego sędziów, którzy anulowali niekorzystną dla jego firm decyzję prywatyzacyjną, przedawniła się. Tak się składa, że zarówno koalicja, na czele której stoi premier, jak i prokuratorzy przez cztery lata celowo przeciągali śledztwo, a osobne dochodzenie wykazało, że premier nalegał, aby odebrać sprawę mediolańskiemu sądowi. 
Jak więc widać, nie jesteśmy odosobnieni, ale też nie ma się co oszukiwać: kolejne afery i komisje śledcze nic nie zmienią, dopóki my nie zmienimy własnego myślenia o polityce i politykach. Bo jak mówi dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, politycy robią to, na co im pozwalamy.

Współautorzy: Maciej Gajek, Marcin Grudzień