Magda Zdort 

 Nowi pampersi
Ozon 14/2006

Asystenci znanych polityków rzadko robią wielkie kariery polityczne. Nie tylko dlatego, że czeka na nich wiele ofert, choćby w biznesie. Także dlatego, że za szybko do głowy uderza im woda sodowa.

Przylgnęło do nich ostatnio określenie „nowi pampersi”. Mają po dwadzieścia kilka lat, właśnie skończyli lub dopiero kończą studia, a już są rozpoznawani przez media i – co najważniejsze – jako asystenci mają dostęp do najważniejszych osób w państwie. To szansa, by wejść do wielkiej polityki lub, dzięki doświadczeniu i zdobytym kontaktom, przy okazji ustawić się w biznesie. Nikt z nich nie ukrywa zresztą, że „wiecznie asystować nie będą”. 

Mimo to duże polityczne kariery asystentów można zliczyć na palcach. Najbardziej znani asystenci w polityce to dwaj Michałowie: Tober, który pracował z Józefem Oleksym, oraz Kamiński, nieformalny asystent prof. Wiesława Chrzanowskiego. – W partii zacząłem awansować dopiero po zakończeniu współpracy z premierem Oleksym, choć tak naprawdę istnieję w polityce dzięki niemu – wspomina Tober. Był modelowym wręcz przykładem asystenta – odpowiadał na listy, prowadził kalendarz, z czasem zaczął przygotowywać Oleksemu przemówienia. I jak wielu innych zastrzega, że „nigdy, w sensie dosłownym, teczki za nim nie nosił”. Tego nie mogą powiedzieć asystenci Leszka Balcerowicza, o których w czasach koalicji AWS–UW mówiło się „młode wilki Balcerowicza”. Grupka kilku asystentów i doradców tworzyła wokół niego swoistą aurę dworskości – zdarzało się, że jeden niósł jego teczkę, drugi telefon komórkowy, a kolejny otwierał drzwi. 

Skok do biznesu 
Rafała Hałaburę, asystenta premiera Jerzego Buzka, widywano natomiast, jak niósł za szefem garnitur. – Zdarzało się i tak. Głównie, gdy jechaliśmy na jakieś spotkanie bez „świty” – mówi Hałabura, któremu w karierze nie pomogły ani trzy lata asystowania premierowi, ani to, że w liceum był związany z jego córką Agatą. Kiedy Buzek zadzwonił do niego z propozycją pracy, był na czwartym roku prawa. Studia kończył w międzyczasie. Zamiast terminować w kancelarii, biegał z kalendarzem i ustalał spotkania premiera. Po wyborach 2001 r. z dnia na dzień stracił pracę. – W ostatnim okresie działania rząd miał bardzo słabe notowania, zamykano więc przede mną większość drzwi. Znalazłem pracę w kancelarii prawnej, ale na najniższym stanowisku – opowiada Hałabura. Dostał najniższą możliwą pensję, ponaddwukrotnie niższą niż w kancelarii premiera. Dziś pracuje w jednej z największych polskich kancelarii prawnych. Mówi jednak, że zamierza wrócić do polityki. 

Z posady asystenta łatwo trafić do biznesu, co pokazuje przykład Łukasza Pawłowskiego, wieloletniego pomocnika Rokity. – Całe życie myślałem, że gdy się odchodzi z polityki, to pozostaje już tylko umrzeć. Ja umarłbym, gdybym z niej nie odszedł – mówi 31-letni Pawłowski. Dwa lata temu miał pierwszy wylew, w zeszłym roku drugi. – Przez te wszystkie lata pracowałem z Jankiem po kilkanaście godzin dziennie. Czas komisji Rywina to było szaleństwo. On ma zdolność szybkiej regeneracji, ja nie. Zorientowałem się, że zużywam baterie z przyszłości. Dlatego zrezygnowałem – opowiada. Posypały się oferty pracy. Pawłowski jest ekonomistą, wybrał sektor bankowy. – Zarabiam pięć razy tyle, co w Sejmie, jeżdżę fajnym samochodem. W dodatku pracuję osiem godzin dziennie, więc czuję się, jakbym nic nie robił – uśmiecha się. 

Pokusy władzy 
Historia Adriana Furgalskiego, asystenta Tadeusza Syryjczyka z czasów, gdy był ministrem transportu, jest przestrogą przed pokusą władzy – szczególnie silną, gdy się o nią otarło. Po odejściu z ministerstwa Furgalski trafił do Polskich Portów Lotniczych, teraz jest ekspertem w sprawach infrastruktury. Latem 2005 r. Furgalski przedstawiał się jako ekspert PO i kreował na ministra infrastruktury. Tadeusz Jarmuziewicz (właściwy kandydat PO na ten urząd) od razu wydał specjalny komunikat: „(...) Informujemy, że wypowiadający się w imieniu naszej partii Adrian Furgalski nie jest członkiem Platformy Obywatelskiej, nie jest także jej doradcą ani kandydatem na jakikolwiek urząd (...)”. 

Marcin Tylicki, były asystent Józefa Gruszki, przewodniczącego sejmowej komisji badającej aferę Orlenu stał się „sławny”, gdy aresztowano go pod zarzutem szpiegostwa. Choć, zdaniem wielu polityków, zarzut ten był rozdmuchany, bo Tylicki miał przekazywać Rosjanom tylko oficjalnie dostępne dane, prokuratura podejrzewa go o szpiegostwo. 

Na sejmowych korytarzach mówi się, że skoro Gruszka jako przewodniczący komisji miał dostęp do wszystkich akt, wgląd w nie mógł mieć także Tylicki. Oficjalnie poufne i tajne dokumenty przychodzą w specjalnie oznaczonych kopertach i dostęp do nich mają tylko zainteresowani: marszałek, wicemarszałkowie oraz ich sekretarki posiadające odpowiednie certyfikaty. Ale asystenci zazwyczaj mają dostęp do biurka szefa, nierzadko więc wpada im w ręce to, czego teoretycznie oglądać nie powinni. Oficjalnie nikt tego nie potwierdza, ale pracownicy Sejmu przyznają po cichu, że procedury bezpieczeństwa często są lekceważone. 

Natomiast asystent jednego z obecnych wicemarszałków Sejmu podejrzewa, że interesował się nim obcy wywiad. – Wydzwaniał do mnie urzędnik ambasady. Ciągle chciał rozmawiać, spotykać się w cztery oczy. Złożyłem w tej sprawie notatkę służbową, ale pies z kulawą nogą się nią nie zainteresował – mówi. 

Jak kule u nogi
Historia asystenckich karier to także historia spektakularnych upadków polityków. Choćby w minionym roku, kiedy to Włodzimierz Cimoszewicz przegrał wyścig o prezydenturę w wyniku tzw. sprawy Jaruckiej, czyli oskarżeń wysuniętych przez swoją byłą asystentkę. Maciej Skórka, asystent społeczny Jerzego Jaskierni, zasłynął jako bohater afery „jednorękich bandytów” – automatów do gry o niskich wygranych. Jaskiernia lobbował w Sejmie za ich legalizacją, zaś Skórka, jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, był właścicielem tysięcy „jednorękich bandytów”. Zaś były poseł SLD Sebastian Florek, bohater „Big Brothera” oskarżył swoją asystentkę o przelanie na własny rachunek 6,5 tys. zł z konta jego biura poselskiego. 

Obciążeniem asystent stał się też dla eurodeputowanego LPR Sylwestra Chruszcza. W 2005 r. pijany Adam M. awanturował się w wagonie restauracyjnym pociągu ze Szczecina do Warszawy. Wykrzykiwał: „Hitler miał rację, że wysłał Żydów do gazu”. Stanie za to przed sądem. – Rozstałem się z nim natychmiast, kiedy się o sprawie dowiedziałem – mówi Chruszcz. – Ta historia wiele mnie nauczyła, teraz jestem ostrożniejszy. Od wszystkich, których zatrudniam, wymagam posiadania solidnych referencji. Wydarzenie z asystentem było dla mnie chyba najtrudniejsze w całej karierze – wyznaje. 

Prawdę, że polityk musi być czysty jak żona Cezara, każdy działacz partyjny powinien powtarzać jak mantrę i szczególnie bacznie obserwować swoich asystentów, bo to oni często świadczą źle o szefie.

Współautor: Maciej Gajek