Magda Zdort 

 Protokół rozbieżności
Ozon 23/2005


PO i PiS do ostatniego dnia ścigają się o każdy głos, ale już w przyszłym tygodniu będą musiały poszukać kompromisu. A obie partie mają pomysły, do których są bardziej niż mocno przywiązane. W pierwszych miesiącach rządów koalicji PO-PiS emocje będą towarzyszyć zmianom ustawy podatkowej, sposobu funkcjonowania Instytutu Pamięci Narodowej oraz oczywiście uchwalaniu nowej konstytucji.


Ster kraju już za chwilę przejmie, być może, 46-letni Jan Rokita, błyskotliwy śledczy rywinowskiej komisji śledczej. Ma to być jeden z najtwardszych premierów w popeerelowskiej Polsce. – Jeśli ma rządzić, to tylko na jego zasadach – zapowiada Józef Płoskonka, wieloletni znajomy Rokity. Jednak wrażenie owej bezkompromisowej postawy ewentualnego szefa rządu już teraz łagodzi... samo PO. – To powinna być koalicja trwała, która pokaże, że w Polsce partie prawicowe potrafią się porozumieć – mówi Grzegorz Schetyna, sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej. 

Jednak obie partie zdają sobie sprawę, że kłopoty są nieuniknione, gdy przyjdzie do przekładania pomysłów PO i PiS-u na język ustaw. Pierwszym punktem zapalnym będą kwestie podatkowe. Rokita wielokrotnie podkreślał, że przyszły rząd szybko weźmie się do wprowadzenia podatku liniowego. A na to zgody PiS-u nie ma. Choćby z tego powodu można wróżyć koniec koalicji już na jej starcie. – W każdej sprawie jesteśmy otwarci na rozmowy – zarzeka się jednak Grzegorz Schetyna. – To jest kwestia wyciągnięcia dłoni – mówi, choć szybko się reflektuje. – Pamiętajmy, że zawsze jednak jest jakieś non possumus! 

Choć spotkania koalicyjne nie mają oficjalnego charakteru, a liderzy przerzucają się w mediach pomysłami, to od kilkunastu miesięcy w sztabach obu partii pracują rzesze ekspertów. To oni przygotowują projekty ustaw, doradzają, jakie powinny być kolejne kroki nowej władzy. Do coraz częstszych widoków należą wspólne konsultacje eksperckie doradców PO i PiS-u. – Niektóre sprawy faktycznie ustalamy już z kierownictwem Platformy – przyznaje jeden z obecnych posłów partii Kaczyńskich. 

Rzeczą „dogadaną” jest zmiana ustawy o IPN. Wybrany wkrótce nowy szef Instytutu prawdopodobnie będzie mógł się cieszyć ze zwiększenia budżetu. Nowa władza poszerzy krąg lustrowanych oraz zwiększy dostęp do archiwów. – Dopóki tego nie zrobimy, wciąż nad polityką będzie się unosiło widmo teczek. Trzeba przeciąć ten wrzód – uważa Schetyna, który w czasach rządów AWS-UW był jednym z dwóch posłów Unii głosujących za ustawą dekomunizacyjną. I choć za ujawnieniem teczek są obie partie, to już uchwalenie ustawy dekomunizacyjnej stoi pod znakiem zapytania. – Nie wiem, czy za nią będziemy. Na pewno nie będzie to przyjęta ustawa w takim kształcie, jak proponowano w czasach AWS-UW – mówi. Te słowa to cios w Mariusza Kamińskiego z PiS-u, niegdyś twórcę powyższej ustawy dekomunizacyjnej, zamierzającego w pierwszych miesiącach rządzenia wprowadzić pod obrady Sejmu właśnie kwestie odsunięcia od pełnienia funkcji publicznych byłych aparatczyków. 

Jeśli to Jan Rokita będzie premierem, rządy rozpocznie od bardziej populistycznych działań. Już dzień po wyborach zostanie przedstawiony projekt ustawy o naprawie życia publicznego, niosącej przede wszystkim zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez parlamentarzystów oraz zniesienie ich immunitetu. Nie będzie to jedyny tego typu gest nowej władzy. Premier Rokita chce zrezygnować z rządowych limuzyn na rzecz samochodów podstawianych przez specjalną firmę. Państwo na tym zbytnio nie skorzysta, ale sam premier zyska na popularności. 

Pierwszą istotną decyzją na serio – po zaprzysiężeniu gabinetu – będzie nowy rozdział władzy, czyli karuzela z resortami. – Jestem zwolennikiem konsolidacji ministerstw – zdradza potencjalny premier, choć zastrzega, że takie zmiany nie będą duże. – To może być korekta w dół o jednego, dwóch ministrów, jeśli chodzi o liczbę członków gabinetu. 

Od kilku miesięcy ma gotowy plan zmian w administracji rządowej. Przede wszystkim stworzone mają zostać dwa superresorty: gospodarczy i społeczny. Do pierwszego trafiłyby sprawy związane z gospodarką, Skarbem Państwa, łącznością oraz transportem. Minister nadzorujący resort społeczny miałby w kompetencjach nadzór nad zabezpieczeniem społecznym, pracą i zdrowiem. W takim wariancie likwidacji uległoby obecne Ministerstwo Zdrowia. 

Jan Rokita już wielokrotnie zapowiadał, że chce wzmocnienia kancelarii premiera. To do niej trafiłoby choćby Rządowe Centrum Studiów Strategicznych, które stałoby się zapleczem doradczym. Jako premier jeden z liderów Platformy chciałby zmniejszyć biurokrację o blisko 20 proc. O tyle miałby też spaść koszt jej utrzymywania w administracji centralnej. 

– Mamy bardzo wiele eksperckich materiałów dotyczących ograniczenia administracji, konsolidacji ministerstw i podziału odpowiedzialności, ale w tej materii nie zapadła żadna decyzja. Ostateczne decyzje muszą zapaść w gronie kierownictwa Platformy i PiS-u, bezpośrednio po wyborach, jeśli te wybory wygramy – mówił Rokita w rozmowie z Polską Agencją Prasową. 

Jaki kształt przybierze ostatecznie przyszły gabinet, będzie w dużej mierze zależało nie tyle od chęci samego Rokity, ile od kształtu umowy koalicyjnej. – Nawet najszczersze chęci uszczuplenia administracji na nic się zdadzą, jeśli liderzy partyjni ustalą, że ich ludzie muszą kierować, powiedzmy, 12 ministerstwami – tłumaczy jeden ze zwolenników Platformy. 

Jedne resorty będą się łączyć, inne mają powstać. Nowością ma być postulowany przez Prawo i Sprawiedliwość Urząd Antykorupcyjny, na którego czele wedle PiS-u ma stanąć Mariusz Kamiński. Jednak PO na tym miejscu widzi raczej Julię Piterę, warszawską radną i szefową Transparency International. Obsada szefa Urzędu jest jedyną poważną rozbieżnością między przyszłymi koalicjantami w tej kwestii. – Będzie to służba specjalna, elitarna. Będzie miała bardzo szerokie uprawnienia z prawem wglądu w konta bankowe i weryfikacją deklaracji majątkowych polityków włącznie – tłumaczy Mariusz Kamiński. Powołanie tego urzędu to oczko w głowie PiS-u, ma być jednym z pierwszych projektów ustaw zgłoszonych przez posłów tego ugrupowania w przyszłym parlamencie. 

Reorganizacja czeka także służby specjalne. Z politycznej mapy znikną zapewne Wojskowe Służby Informacyjne. O potrzebie ich likwidacji wypowiadali się już m.in. Jan Rokita i Ludwik Dorn. – Struktura obecnego WSI powinna zostać podzielona na wywiad wojskowy i kontrwywiad – mówi Bronisław Komorowski z Platformy Obywatelskiej. – Wywiad mógłby podlegać pod Sztab Generalny i zajmowałby się bezpieczeństwem naszych wojsk poza granicami Polski. Natomiast kontrwywiad mógłby podlegać ministrowi obrony narodowej, a z zakresu jego obowiązków zniknęłaby osłona transakcji związanych z handlem bronią, z wyłączeniem zakupów dotyczących wojska. 

Ważą się losy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – Należy powrócić do wcześniejszych rozwiązań, potrzeba nam ministra koordynatora ds. służb specjalnych, który sprawowałby cywilną kontrolę nad służbami – mówi Mariusz Kamiński. Na powołanie ministra koordynatora nie zgadza się jednak Platforma. Za to jej politycy przyznają, że szczegółowe regulacje dotyczące ABW zostaną opracowane w pierwszych dniach po wyborach. Zdradzają jednak, że część uprawnień Agencji, szczególnie uprawnienia śledcze, miałaby przypaść policji. 

Jednym z pierwszych ruchów ustawodawczych PO będzie projekt nowej ustawy medialnej. – Rynek mediów trzeba uporządkować – wyjaśnia Iwona Śledzińska-Katarasińska, ekspert Platformy w sprawie mediów. – Jest wiele problemów, które w tej sprawie należy rozstrzygnąć. Chodzi o tak ważne sprawy jak koncentracja kapitału w mediach czy przyszłość multipleksów – ile ma ich być, jak mają funkcjonować. 

Polityczną kłótnią prawdopodobnie zakończy się dla koalicji sprawa przyszłości Telewizji Polskiej. Zdaniem Śledzińskiej-Katarasińskiej TVP SA jako spółka Skarbu Państwa mogłaby zostać sprywatyzowana poprzez wejście na giełdę jednego z jej kanałów. Powraca więc pomysł prywatyzacji telewizyjnej Dwójki. Jedna z osób mających w Platformie duży wpływ na politykę medialną pytana przez nas, czy Dwójkę mógłby kupić światowy magnat medialny Robert Murdoch, odpowiada: Pan Murdoch od dawna czyha na granicy na taką okazję. Nie widzę jednak powodów, dla których to właśnie on miałby kupić któryś z kanałów TVP. Natomiast na pytanie, czy kanał ten mogłaby kupić Agora, nasz rozmówca odpowiada, że „jeśli będziemy mieli do czynienia z normalną prywatyzacją, to każdy ma szanse, ale będzie to możliwe po rozstrzygnięciu spraw związanych z koncentracją kapitału w mediach”. Jednak tym pomysłom PO weto stawia PiS. – Sprzeciwiamy się każdej formie prywatyzacji TVP – mówi „Ozonowi” Kazimierz Marcinkiewicz z PiS-u. – Telewizja powinna być przedsiębiorstwem państwowym. 

Przyszła koalicja zgodna jest natomiast co do niezwłocznej likwidacji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Taka decyzja łączy się ze zmianą konstytucji. W miniony piątek swój projekt „Małej noweli konstytucji RP” przedstawił Jan Rokita, natomiast z projektem nowej konstytucji według PiS-u od dawna można się zapoznać na internetowych stronach partii. Propozycja PO to likwidacja Senatu, KRRiT, zmniejszenie liczby posłów wybieranych w jednomandatowych okręgach do 230. O likwidacji Senatu nie chce słyszeć PiS, przewidujący tylko zmniejszenie jego liczebności. Chce on natomiast dać prezydentowi prawo do wydawania rozporządzeń z mocą ustawy. – Co do tego, że konstytucja zostanie zmieniona, nie ma już większych wątpliwości. Jednak spór o kształt konstytucji będzie jednym z najbardziej zaciętych w przyszłym Sejmie – przyznaje jeden z polityków PiS-u. 

Chodzi tu przede wszystkim o zapisy dotyczące spraw światopoglądowych, częste w projekcie przygotowanym przez PiS. Już preambuła odnosi się do Boga – „W imię Boga Wszechmogącego! My, Naród Polski, składając Bożej Opatrzności dziękczynienie za dar odzyskanej niepodległości...”. To może być trudne do zaakceptowania przez liberalną część Platformy. 

W rozmowach z idącymi do rządów politykami słowo „konstytucja” pojawia się jednak nie tylko w odniesieniu do ustawy zasadniczej. – Już na wiosnę uchwalimy całkiem nową ustawę o edukacji narodowej, czyli „konstytucję edukacyjną” – zapowiada Kazimierz Marcinkiewicz z PiS, prawdopodobnie przyszły szef resortu edukacji. W założeniach nowa ustawa ma ujednolicić system kształcenia. Przede wszystkim istniejące dotąd osobno programy kształcenia i minima programowe zostaną zastąpione jednym dokumentem zawierającym wymagania egzaminacyjne. – W szkole uczy się pod kątem egzaminu na koniec podstawówki, gimnazjum i matury. Powiemy uczniom, co muszą wiedzieć, by je zdać, zamiast mnożyć dokumenty – mówi Marcinkiewicz. Teraz liczba przedmiotów w gimnazjach ma się zmniejszyć, a nauka będzie skoncentrowana na „wiedzy przydatnej do życia”, czyli języku polskim, wiedzy o kulturze, historii, matematyce i fizyce. W technikach i liceach profilowanych zmniejszy się ilość profili, za to więcej będzie języka polskiego i matematyki, aby uczniom takich szkół łatwiej było zdać maturę. Same egzaminy także mają być łatwiejsze. – Chcemy, aby jak największa liczba młodych ludzi miała maturę, ale zamiast egzaminować z niepotrzebnych informacji, będziemy sprawdzać umiejętność ich zdobywania – mówi Krystyna Szumilas z PO. 

Więcej się uczyć natomiast będą musieli sami pedagodzy. O awansie zawodowym nie będzie decydować stos papierów składanych w komisji oświatowej, lecz ministerialne egzaminy, zaś ostatnim stopniem tego awansu będzie tytuł profesora szkolnego, czyli trochę więcej niż nauczyciel dyplomowany. – Ktoś taki będzie więcej zarabiać, ale będzie musiał opiekować się młodszymi kolegami – tłumaczy Marcinkiewicz. 

Prawica zapowiada, że prawie całą władzę nad szkołą odda w ręce dyrektorów – to oni mają decydować o profilach klas i siatce godzin. Ale jednocześnie kontrolę nad poczynaniami dyrektora chce powierzyć nowemu tworowi – Radzie Szkoły, w jej skład mają wchodzić rodzice i lokalne autorytety. Jak bumerang wraca natomiast pomysł „bonu edukacyjnego”, który pojawił się za poprzednich rządów prawicy: szkoła dostałaby tyle pieniędzy, ilu uczniów do niej uczęszcza. Takie rozwiązanie oznacza jednak ryzyko zniknięcia małych, wiejskich szkół. 

Prawdziwe trzęsienie ziemi zapowiada się w służbie zdrowia. Wiadomo, że będzie, nie wiadomo jednak jakie, bowiem przyszłych koalicjantów w kwestii zdrowia równie dużo dzieli, co łączy. Na pewno możemy się spodziewać zapowiadanej już za rządów AWS-u komercjalizacji ubezpieczeń zdrowotnych. Zostanie utworzony dokładny katalog podstawowych świadczeń medycznych, które należą się każdemu w ramach obowiązkowej składki. To, co nie wejdzie w skład „koszyka”, obejmą nieobowiązkowe ubezpieczenia dodatkowe, w tym także komercyjne. – Będzie tak jak z samochodami. Obowiązkowe OC, czyli podstawowa składka, i dodatkowe AC – mówi Bolesław Piecha z PO. Nad jednolitością proponowanych usług medycznych ma czuwać nowy Urząd Standaryzacji Usług Medycznych. Ale to jest propozycja PO. PiS chce tymczasem odejść od systemu ubezpieczeniowego i finansować świadczenia zdrowotne z budżetu państwa. W gestii ministra zdrowia miałoby być finansowanie ratownictwa medycznego i leczenia wysokospecjalistycznego, natomiast wojewodowie będą zawierali kontrakty na pozostałe świadczenia medyczne w podlegających im placówkach. 

Jeżeli zwycięży koncepcja PiS-u, to dość niepewnie mogą się czuć pracownicy Narodowego Funduszu Zdrowia. PiS już dawno ogłosił, że będzie dążyć do jego likwidacji, zarządzanie funduszami zdrowotnymi oddając w ręce wojewodów. Nie nastąpi to od razu, wcześniej PiS chce sprowadzić rolę NFZ do poziomu płatnika i wykonawcy poleceń resortu zdrowia. 

Elżbieta Radziszewska z PO nie jest aż tak radykalna. – Nie zlikwidujemy NFZ, tylko go zdecentralizujemy – mówi. Powstanie więc kilka lub kilkanaście regionalnych funduszy zarządzanych przez ministerstwo, co de facto oznacza powrót do systemu zlikwidowanych przez lewicę kas chorych. Z tą tylko różnicą, że teraz powstałyby także prywatne fundusze zdrowia. 

Obydwie partie zgadzają się, że podstawą jakichkolwiek reform jest stworzenie ogólnokrajowego Rejestru Usług Medycznych (RUM).
To kolejny pomysł, który pojawił się już za rządów AWS-u, a którego nie udało się zrealizować. 

O ile na temat polityki wewnętrznej wiadomo sporo, o tyle wielką niewiadomą są plany w polityce zagranicznej. Na razie jedno jest pewne – prawdopodobnym szefem dyplomacji będzie Jacek Saryusz-Wolski (PO). W czasie jednej z przedwyborczych debat w TVN 24 nie wykluczył, że pierwszym miastem, które odwiedzi, może być... Oslo. Tam nowy minister ma szukać możliwości odzyskania bezpieczeństwa energetycznego Polski. I choć według Kazimierza Ujazdowskiego z PiS-u reaktywowanie kontraktu zawartego przez rząd Jerzego Buzka na gaz z Norwegii jest wątpliwe, to po porozumieniu Putina i Schrödera w sprawie gazociągu bałtyckiego kwestia bezpieczeństwa energetycznego wydaje się kluczowa. Na razie jednak koalicja zdaje się nie mieć na to pomysłu. PiS chce, by nowy rząd podjął próby blokowania budowy gazociągu w polskiej strefie ekonomicznej. Chce też przekonać partnerów w Europie, że działania Niemiec i Rosji nie służą także innym krajom. Okazję do tego będzie miał w czasie unijnych szczytów przywódców państw w Brukseli. Tam też czeka go kontynuowanie rozmów o unijnym budżecie. Gabinet Marka Belki był zdeterminowany, aby szybko zakończyć negocjacje w sprawie budżetu Unii na lata 2007–2013, którego Polska ma być największym beneficjentem. – Nie wykluczam, że porozumienie budżetowe nastąpi w tym roku, najpóźniej wiosną przyszłego roku. Propozycja finansowa dla Polski jest stosunkowo korzystna, ale jak to w unijnych rozmowach bywa, dopóki negocjacje trwają, wszystko jest możliwe – zapowiada Saryusz-Wolski. Niewykluczone więc, że polski rząd będzie bił się o więcej pieniędzy dla siebie, ale też wszystkich innych nowych członków. Polscy dyplomaci już w pierwszych tygodniach nowego gabinetu swoje „wizyty otwarcia” mają połączyć z konstruowaniem koalicji krajów, głównie nowych członków UE, pod hasłem idei „budżetu solidarności ze słabszymi”. 

Takie zapowiedzi budzą w Brukseli i stolicach państw UE co najmniej lekkie zaniepokojenie. Tym bardziej że Saryusz-Wolski dał się już poznać zagranicznym kolegom jako twardy negocjator umiejący nie tylko uderzyć pięścią w stół, lecz także trzasnąć drzwiami i wyjść w chwilach negocjacyjnej gorączki. 

Trzaskanie drzwiami to zresztą umiejętność mogąca okazać się przydatną dla wszystkich uczestników koalicyjnych rozmów. Ale o wiele istotniejsza od niej jest inna, o którą już zdecydowanie trudniej – umiejętność powracania do stołu i kontynuowania rozmów. To od niej zależy, czy protokół rozbieżności przekształci się w trwały byt uniemożliwiający obu partiom skuteczne rządzenie, czy też stanie się podstawą do dalszych rozmów i budowy IV RP.

Współautorzy: Maciej Gajek i Marcin Grudzień