Magda Zdort 

 Zrzuty z centrali
Ozon 13/2006

Kto wygra nowe wybory: politycy lokalni czy dostarczeni w teczce kandydaci centrali, zależy od ordynacji wyborczej. Okręgi jednomandatowe faworyzują polityków lokalnych. Ale o ich wprowadzeniu zdecydują posłowie, którzy bardzo często sami są spadochroniarzami.

Jak zostać posłem, nie znając miejscowych działaczy partyjnych i nie prowadząc kampanii wyborczej? Wystarczy mieć dobre układy z partyjną wierchuszką. Sławomir Rybicki (PO), choć pochodzi z Gdańska, w ostatnich wyborach startował z Olsztyna, a wcześniej z Torunia. W obu przypadkach zadecydowała centrala. Podczas kampanii wyborczej w 2001 roku w swoim okręgu pojawił się tylko kilka razy. – Całą robotę odwalili za niego działacze i pozostali kandydaci, on czasem nas doglądał. Zacisnęliśmy zęby i pracowaliśmy na niego, dla dobra partii – narzeka jeden z lokalnych polityków. Wówczas w Toruniu PO zdobyła tylko jeden mandat. Ale dostał go właśnie Rybicki. 

Marszałek Marek Jurek z Prawa i Sprawiedliwości nigdy nie startował dwukrotnie z tego samego okręgu. Do Sejmu Kontraktowego (w 1989 r.) dostał się z Leszna. Przed I kadencją startował z Zielonej Góry z list Wyborczej Akcji Katolickiej. W 2001 r. dostał się do Sejmu z Rzeszowa, z listy PiS. W ostatnich wyborach zdecydował się na start z Piotrkowa. Po objęciu funkcji marszałka Sejmu wszedł do swojego gabinetu i zachwycił się wiszącymi tam pejzażami. Zapytał, co przedstawiają. Okazało się, że to Puszcza Bolimowska – leżąca na terenie jego obecnego okręgu. 

Spadochroniarze z centrali, którzy zazwyczaj zajmują na listach pierwsze miejsca, to aktyw partyjny będący najbliżej szefa ugrupowania. Politycy nie ukrywają, że takie działania pozwalają wejść do Sejmu zausznikom prezesa. 

I nie widzą w tym nic złego. – Kierownictwo obliczało, gdzie mam największe szanse na wygraną. Wysłano mnie więc do Krosna – przyznaje Janusz Maksymiuk z Samoobrony, który pochodzi z Dolnego Śląska, a do Sejmu I i II kadencji (w barwach PSL, a potem SLD) wszedł z Wrocławia. – Cieszę się, że nie musiałem konkurować z lokalnym aktywem – mówi i zapewnia, że pójdzie tam, gdzie Lepper go pośle. 

Podobnie uważa inna posłanka Samoobrony Renata Rochnowska. Pochodzi z Warmi i Mazur, ale w poprzednich wyborach kandydowała z Sieradza. – Potrzeby partii są ponad wszystko. Przywództwo najlepiej wie, gdzie człowiek jest potrzebny – deklaruje z emfazą pani poseł. 

Uwaga, spadochroniarz! 
Pierwszym, najbardziej rozpoznawalnym spadochroniarzem w popeerelowskiej historii Polski, był Piotr Baumgart. Ten działacz Solidarności Rolników Indywidualnych był jedyną osobą z list Obywatelskiego Komitetu „Solidarność”, która w 1989 r. nie zdobyła miejsca w Senacie. Wyborcze starcie w Pile przegrał z Henrykiem Stokłosą – oficjalnie niezależnym kandydatem. Działacze „S” RI przyznają dzisiaj, że gdyby Baumgart zaangażował się w prowadzenie kampanii, zdobyliby sto procent miejsc w Senacie. W izbie wyższej składającej się wówczas głównie ze spadochroniarzy zasiedli m.in. Andrzej Celiński (kandydował z Płocka), Andrzej Wajda i Gustaw Holoubek (Krosno) i Jarosław Kaczyński (Elbląg). Nieżyjąca Zofia Kuratowska zwyciężyła w Nowym Sączu. 

Dwa lata później, w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu, podobną taktykę zastosowali postkomuniści. Po upadku PGR-ów należało wystawić ludzi z centrali w miejsce skompromitowanych lokalnych działaczy. – Poza tym trzeba było się rozdzielić, żeby nie stracić co cenniejszych nazwisk – tłumaczy Tadeusz Iwiński startujący z Olsztyna. Tak więc Jerzy Szmajdziński poszedł na Dolny Śląsk, Jerzy Jaskiernia na Podkarpacie, a Marek Borowski do Piły. – Wiem, że niektórzy w swoim okręgu byli wtedy po raz pierwszy w życiu. Ale potem tam zostawali i budowali lokalne struktury SLD. Mnie samego nikt nigdy jako spadochroniarza nie traktował – wspomina Iwiński, który ze stolicy Mazur kandyduje do dzisiaj. 

Polityczny spadochroniarz nie ma łatwego życia w nowym okręgu wyborczym. Odczuła to Jolanta Szymanek-Deresz, która jako stołeczny spadochroniarz otwierała listę SLD w Płocku. Na meczu miejscowej pierwszoligowej Wisły została wygwizdana przez kibiców. Podobne doświadczenia ma Tomasz Markowski, były działacz Ruchu Odbudowy Polski, obecnie poseł PiS. W 2001 r. w geście uznania za wprowadzenie do PiS sporej grupy prawicowej młodzieży otwierał listę wyborczą partii Kaczyńskich w Bydgoszczy. – Pewnej nocy moi współpracownicy rozklejali plakaty. Krok w krok za nimi szła ekipa, która naklejała na moich afiszach kartki ze słowami: „Uwaga, spadochroniarz!” Cóż, obrażać się nie mogę, bo spadochroniarzem rzeczywiście byłem – opowiada Markowski. 

Już w trakcie ówczesnej kampanii przeniósł się do Bydgoszczy, by być bliżej wyborców. Otworzył kilka biur poselskich, razem z kolegami z partii wynajęli prawnika, który doradza interesantom w kwestiach prawnych. W zeszłym roku Markowskiego po raz drugi wybrano do Sejmu z Bydgoszczy. Tym razem nikt nie odważył się wypominać mu, że jest obcy. 

Czegoś zupełnie odwrotnego doświadczył poseł Maksymiuk w Krośnie. Otwarcie przyznaje, że początkowo z lokalnymi działaczami dogadać się nie mógł. – Musiałem ich ciągle przekonywać, że gramy do jednej bramki. W końcu się udało – chwali się poseł. Miejscowi działacze mają jednak na ten temat nieco inne zdanie. Narzekają, że z ich okręgu dostał się tylko Maksymiuk, a reszta musiała na niego pracować. I że to nie jest sprawiedliwe. Nazwisk podawać nie chcą – boją się wyrzucenia z partii. 

W imieniu narodu i gminy 
Argumentem przeciw przerzucaniu lokomotyw wyborczych w teren jest właśnie fakt, że ten proceder stał się domeną ugrupowań wodzowskich. W pierwszym rzędzie wymienia się tutaj Prawo i Sprawiedliwość, Samoobronę oraz Ligę Polskich Rodzin. Roman Giertych przed ostatnimi wyborami przywiózł w teczce kandydatów do kilku regionów kraju. Szczecińscy działacze Ligi Polskich Rodzin nie czekali, aż szefostwo wyrzuci ich za krytykę. Sami odeszli – w proteście przeciwko zdominowaniu tamtejszej listy przez działaczy Młodzieży Wszechpolskiej. Na 26 miejsc aż 14 zajęli przyniesieni w teczkach wszechpolacy! W efekcie w Szczecinie do parlamentu wszedł jedynie działacz MW Rafał Wiechecki, który na liście był numerem jeden. 

Politycy przyznają, że istotna jest lojalność wobec własnego ugrupowania, a tę gwarantują właśnie spadochroniarze, nie zaś działacze lokalni. – Wiele widzieliśmy przykładów partyjnej niesubordynacji. W polityce państwowej nie ma na to miejsca, w naszej partii tym bardziej – mówi otwarcie Piotr Ślusarczyk z LPR. Za przykład na to, że „zrzutkowie” mogą być pożyteczni dla polityki, podaje się superspadochroniarza Marka Jurka. Podobno wszędzie, gdzie ląduje, natychmiast łagodzi konflikty, a dzięki znanemu nazwisku przysparza wielu głosów. 

Sam Jurek, broniąc praktyki skoków na listy, powołuje się na Wielką Brytanię. – Tam są jednomandatowe okręgi wyborcze, z których do parlamentu dostają się londyńscy politycy, o jakich u nas powiedziano by, że są przywiezieni w teczkach. Bo działa tam zasada, że parlament jest reprezentantem narodu, a nie federacji okręgów wyborczych – podkreśla. Marszałek wielokrotnie powtarzał, że dla niego spadochroniarze nie stanowią problemu. W debacie Radia Piotrków odparował Elżbiecie Radziszewskiej: – Jeśli ktoś chce angażować się lokalnie, niech zostanie radnym, a nie posłem. 

Najczęściej interes lokalny posła jest najbardziej widoczny w pracach komisji sejmowych. Obrona swoich wyborców przewija się przy okazji prac nad każdym budżetem. Przykładem jest lobbing posłów śląskich na rzecz dotacji dla nieefektywnych zakładów przemysłowych. Z jaskrawym przejawem walki o interes lokalny mamy do czynienia przy każdej batalii o podział administracyjny kraju. W lutym Samoobrona podjęła walkę o utworzenie 17. województwa – środkowopomorskiego ze stolicą w Koszalinie, uważanym za matecznik Samoobrony (w tym regionie mieszka Przewodniczący). 

Ostre starcie interesów lokalnych posłów z Bydgoszczy i Torunia obserwowaliśmy podczas walki o utworzenie województwa kujawsko-pomorskiego. Ówczesna marszałek Senatu Alicja Grześkowiak (torunianka) wolała, by jej region podlegał pod Gdańsk, niż miałby być kierowany z Bydgoszczy. Posłowie z obu miast zawarli jednak kompromis, a władzę w województwie podzielono między oba miasta. 
Zasada, że poseł reprezentuje cały naród, a nie jedynie swój region, należy do fundamentów nowoczesnej demokracji. Jednym z zapisów Konstytucji 3 Maja było właśnie odejście od zasady skrępowania posłów instrukcjami lokalnych sejmików. To nie przypadek, że w Sejmie PRL w czasach Bieruta zasiadali nie przedstawiciele partii politycznych, a reprezentanci województw. Już w czasie odwilży 1956 r. zniesiono ten anachronizm. 

Spadochroniarze są więc potrzebni, ale w rozsądnych proporcjach. Ludzie nie pójdą do urn, gdy zbyt wiele nowych twarzy pojawi się na listach wyborczych, a wybrani „cudzoziemcy” będą ostentacyjnie ignorować swoich wyborców. 

Polowanie na „spadochrony” 
W zakulisowych rozmowach w Sejmie dominuje przekonanie, że polityczne spadochroniarstwo należy zdecydowanie ukrócić. Ograniczyć zjawisko może wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Na razie szansa jest tylko na to, by w bezpośredni sposób wybierać połowę parlamentarzystów. Stanie się tak, jeśli Sejm zdecyduje się na zmianę ordynacji wyborczej – projekt ustawy zgłosiło już Prawo i Sprawiedliwość. Autorzy projektu proponują utworzenie 230 okręgów jednomandatowych i 16 wojewódzkich. Platforma Obywatelska od dłuższego czasu opowiada się za wybieraniem wszystkich posłów w wyborach bezpośrednich (zapisano to w słynnym projekcie „4 razy TAK”). 

Do tego jednak potrzebna jest zmiana Konstytucji, w której zapisano wymóg proporcjonalności wyborów. Kompromisem mógłby być właśnie projekt PiS, którego nie chce poprzeć kierownictwo Platformy, bo musiałaby ona zgodzić się wtedy na majowe wybory. Nieoficjalnie posłowie PO przyznają mimo wszystko, że PiS-owska propozycja dotycząca ordynacji im się podoba. – Wybór połowy posłów w bezpośrednich wyborach to o połowę mniej spadochroniarzy – przekonuje Waldy Dzikowski z PO. Jego opinię podziela Marek Kuchciński, wiceszef klubu PiS, który pilotuje ustawę. – Przy jednomandatowych okręgach wyborczych popularni ludzie ze swoich terenów będą mieli szansę zaistnieć w wielkiej polityce. Nie wiemy niestety, czy u władzy znajdą się ludzie właściwi, bo ci nie zawsze są najpopularniejsi – przyznaje. 

Ciosem w spadochroniarzy byłoby wprowadzenie wymogu domicylu, czyli startowania z okręgu, w którym jest się od kilku lat zameldowanym. I choć w sejmowych kuluarach słychać głosy, że w zasadzie pomysł jest niezły, nikt nie podejmuje w tej sprawie poważnych rozmów. – Domicyl wymagałby zmiany Konstytucji, a w obecnym Sejmie nie ma na to szans – mówi Piotr Ślusarczyk z LPR. 
Jeśli projekt Prawa i Sprawiedliwości nie znajdzie poparcia wśród szefów innych partii, politycy powinni zacząć starannie składać swoje spadochrony i szykować się do założenia ich na plecy. Mogą się wkrótce przydać.

Współautorzy: Maciej Gajek